Kryminalne lato. Profesor na tropie: 5 grudniów
W ostatnim odcinku cyklu Kryminalne lato. Profesor na tropie prof. Piotr Zwierzchowski, dziekan Wydziału Nauk o Kulturze UKW, przygląda się powieści 5 grudniów Jamesa Kestrela. To historia detektywa, który rozpoczyna śledztwo w sprawie brutalnego podwójnego morderstwa w Honolulu tuż przed atakiem na Pearl Harbor. Kryminał szybko przeradza się w thriller szpiegowski i opowieść wojenną.
Kiedy brałem do ręki 5 grudniów, nazwisko Jamesa Kestrela nic mi nie mówiło. Na skrzydełku nie było wymienionych żadnych innych tytułów jego autorstwa. Dopiero później przeczytałem, że jest to pseudonim amerykańskiego prawnika i pisarza Jonathana Moore’a, a wcześniej między innymi śledczego kryminalnego. Ponieważ jego poprzednie książki nie osiągały sukcesu, kolejną wydawca postanowił opublikować pod innym nazwiskiem. Z 5 grudniami stało się zupełnie inaczej. Zostały uznane za wybitną powieść kryminalną i obsypane nagrodami. Lektura dowodzi, że stało się to w pełni zasłużenie.
Detektyw Joe McGrady, były wojskowy, dostaje swoją pierwszą sprawę. Doszło do podwójnego morderstwa. Obie ofiary zostały zmasakrowane. O młodej Japonce na razie nic nie wiadomo, choć jej tożsamość będzie miała później fundamentalne znaczenie. Chłopak okazuje się być siostrzeńcem amerykańskiego admirała. Jeżeli dodać do tego, że akcja rozpoczyna się pod koniec listopada 1941 roku w Honolulu na Hawajach, na niespełna dwa tygodnie przed atakiem Japonii na Pearl Harbor, wszystkie te okoliczności nabierają dodatkowego znaczenia.
Kestrel udanie łączy różne gatunki. Cała historia zaczyna się jak klasyczny kryminał, by zamienić się w thriller szpiegowski, później (lub zarazem) powieść wojenną, melodramat. Nie ma w tym jednak żadnej przypadkowości, 5 grudniów nie przestaje być też kryminałem. Wszystkie elementy łączą się w harmonijną i przemyślaną całość. Los rzuca bohatera w różne miejsca. Joe McGrady nigdy nie zapomniał jednak o sprawie, która tak drastycznie zmieniła jego życie. Nie przestał poszukiwać zabójcy. Jego śledztwo trwa nadal, choć tak bardzo zmieniły się okoliczności, doszły nowe wydarzenia i konteksty. Mija tytułowe 5 grudniów, kończy się wojna. Podczas niej morderstwa sprzed kilku tygodni, a tym bardziej lat, wydają się nie mieć znaczenia. Ale nie dla McGrady’ego.
Klasyczni detektywi prowadzili śledztwo zazwyczaj w doskonale znanych sobie przestrzeniach. Mieli dziesiątki kontaktów, znali lokalne układy. McGrady nawet w Honolulu jest obcy. „- Mieszkam tu pięć lat, odkąd odszedłem z wojska. Nigdzie indziej nie spędziłem tyle czasu. To mój dom, sir. – Albo się jest stąd, albo nie – odrzekł Beamer. – A ty nie jesteś”. Musi jednak szukać tropów zarówno tam, jak i w coraz bardziej obcych i egzotycznych miejscach, w których będzie dopiero uczył się wzorów zachowania. 5 grudniów jest bowiem jednocześnie ciekawie pomyślaną powieścią o kontaktach międzykulturowych. Śledztwo prowadzi do Hongkongu. Wojna zastaje tam bohatera w areszcie, w którym znalazł się niesłusznie oskarżony o gwałt. „Przyszło mu na myśl, że to jednak z najgorszych chwil w jego życiu. Najbliższe lata miały dowieść, że się mylił”. McGrady zostaje jeńcem, trafia do Tokio. Kestrel znakomicie oddaje „obcość” detektywa, ale też genius loci wszystkich tych miejsc, z których każde kryje kolejne tajemnice.
Rok 1941 przywodzi także na myśl skojarzenia kulturowe. Na ekrany wszedł wówczas Sokół maltański Johna Hustona, zapoczątkowując czarne kino amerykańskie. Powieść Kestrela przywołuje w pamięci zarówno je, jak i powieści Dashiella Hammetta i Raymonda Chandlera, tyle że przefiltrowując całość przez współczesną wrażliwość. Niektóre z ówczesnych lęków towarzyszą także dzisiejszym czytelnikom, ale Kestrel pozwala sobie jedynie na nawiązania, nigdy na naśladownictwo. Znakomicie jednak oddaje tamten nastrój. Postaci kobiece nie są już femme fatale, nie brakuje jednak charakterystycznej dla tego nurtu rzeczywistości przenikniętej pesymizmem i fatalizmem, w której jednak można odnaleźć miejsce na uczucie. Czasami też na bardzo krótką chwilę szczęścia. Ale Kestrel wierzy w idee humanizmu o wiele bardziej niż twórcy z lat 30. i 40. Co więcej, potrafi je odnaleźć w nieoczekiwanych miejscach. Choć dobro i zło zbliżają się do siebie tak blisko, że chwilami przestają być rozróżnialne, Joe Grady, podobnie jak Sam Spade czy Philip Marlowe, nigdy nie traci kompasu moralnego, który pozwala mu przetrwać.
prof. dr hab. Piotr Zwierzchowski